czwartek, 11 lipca 2013

Nadszedł czas powiedzieć dość...

Przez niecałe dwa lata prowadziłem tego bloga i nadszedł czas, kiedy muszę (z dużym smutkiem) napisać, że nie mogę już go dłużej prowadzić. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że osiągnięcie biegłości w analizie spółek nie jest dla mnie absolutnie najwyższym priorytetem. Jest nim edukacja w zakresie programowania i zapewne jak każdy student przeżyję ciężki szok licząc całki i pochodne. Nie muszę chyba dodawać, że posty wtedy nie pojawiałyby się, albo byłyby kiepskiej jakości. Czeka mnie pracowite 3.5 roku, chociaż niestety nie wszystko poszło po mojej myśli. Nie porzucam inwestowania całkowicie, o nie! Nadal karmię swoją rodzinę i przyjaciół opowieściami o setkach tysięcy złotych, które zbiję na inwestowaniu:-) Jednak blog to dodatkowa godzina, albo dwie pracy, która będzie mieć mniejszy wpływ na moje życie. Nauczyłem się kontrolować swoje błędy, dlatego bata w postaci moich czytelników potrzebuję już w znikomym stopniu. Dlatego jeśli nie "polubiliście" mojego profilu na facebook'u, to zróbcie to teraz. Sporadycznie dodam tam info na temat tego, co robię w zakresie inwestycji. Blog oczywiście zostawiam, byście mogli uczyć się na mojej ignorancji i błędach.Kim będę za 3.5 roku? Jeśli wszystko pójdzie tak, jak sobie obmyśliłem, będę inż. Robert Galewski, jednak chcę, aby moje faktyczne umiejętności wykraczały daleko poza papierek z uczelni. Smutne, ale i uczciwe jest to, że nie każde studia dają dobre szanse na prace. Staram się to zrozumieć, by szok przeżyć tylko przy liczeniu całek, a nie przy szukaniu pracy po zakończeniu edukacji.

Dziękuję ponad dwustu osobom (albo robotom spamującym:-) za codzienne odwiedziny. Jeśli w jakiś sposób mój blog poprawił wasze postrzeganie inwestycji, motywacji, czy edukacji - napiszcie maila, albo zostawcie komentarz. Przyznam, że spora liczba moich czytelników wywarła na mnie duże wrażenie. Dziękuję:
- Adamowi Tulejko - za setki pomysłów na programy użytkowe, oraz za wspólne analizy zachowań prezesów,
- Albertowi Rokickiemu - za wspólne poszukiwanie drugiej Nokii,
- Tobiaszowi Malińskiemu - za wyjaśnienie wielu rzeczy związanych z finansami,
- Bartłomiejowi Zielińskiemu - za przyśpieszenie tempa czytania ze 194 słów do 456,
- Tajemniczemu użytkownikowi podpisującemu się pseudonimem "AN" - za tony wskazówek i wytknięcie wielu niepotrzebnych błędów,
- Radkowi Chodkowskiemu - za wspaniały blog na temat analizy technicznej, której swoją drogą nadal nie rozumiem:-),
- wszystkim autorom setek maili z pytaniami.

Mam nadzieję, że nie będziecie za mną płakać:-) Ja za Wami być może...

sobota, 6 lipca 2013

Emerytura? Who cares?

Dzisiejszy post nie dotyczy inwestowania. Jeśli więc nie masz czasu na czytanie mojej opinii na temat polityki - śmiało zamknij kartę przeglądarki.

Unikam polityki od czasu uświadomienia sobie, że partia rządząca jest tak samo liberalna, jak największa partia opozycyjna jest prawicowa - wolałbym spekulować na akcjach, niż nakłaniać kogoś do głosowania na wspomniane partie (ktoś nie wie, o jakie chodzi?). Temat emerytur jest jednak czymś na tyle ważnym, że warto się nad nim zastanowić...o ile jest nad czym...

Wolą społeczeństwa jest żyć na kredyt, dlatego niemalże od samego końca komunizmu w naszym kraju rządzą ci, którzy wmawiają nam, że tak się da. Moje pokolenie, albo nasze dzieci boleśnie przekonają się, jak wielkie jest to kłamstwo. Ostatnia ekipa jednak wykazuje się absurdalną krótkowzrocznością - czasami mam wrażenie, że ich jedynym celem jest uniknięcie zamachu stanu przed wyborami, bo wątpię, aby wierzyli oni w trzecie zwycięstwo. Przesunięcie części środków z OFE do ZUS przegięło według mnie pałę poryczy (a może przelało:-). O ile w świetle orzeczenia SN z 2009 roku środki z OFE są do pewnego stopnia dziedziczne, o tyle składki ZUS-owskie de facto nie są naszą własnością. Według mnie jest to więc rabunek identyczny jak ten dokonany na Cyprze, a rząd wykazał się tylko sprytem. Podobnie zresztą zrobiono z programem "Mieszkanie dla młodych", gdzie pod płaszczykiem dobrego wujka... rządu, podniesiono vat na materiały budowlane.

Jak przeciętny, ale inteligentny inwestor ma wierzyć, że za kilkadziesiąt lat ten chory system wypłaci mu świadczenia emerytalne? Być może wydaje się to dziwne, że pisze to maturzysta (tak, tak - zdałem maturę i poszło mi bardzo dobrze:-), ale pewne decyzje ratujące nas przed rażącą naiwnością trzeba podjąć już teraz. Niekorzystna sytuacja demograficzna i finansowa naszego państwa pokazuje jasno, że możemy liczyć na dwie osoby: pierwszą jesteśmy my sami, a drugą na pewno nie jest rząd - nie chcę używać imion, bo pryzmat patrzy;-)

Jak więc mamy zatroszczyć się o emeryturę? Liberałowie twierdzą, że najlepszą inwestycją są dzieci (coś w podobnym tonie powiedział kiedyś były przewodniczący PSL-u), jednak nie każdy może sobie pozwolić w obecnej sytuacji gospodarczej na wychowanie (nie mylić z hodowaniem) trójki, czy czwórki dzieci. Odkładać pieniądze samemu w dowolnej formie? Akcje, obligacje, złoto? Jest to na pewno rozwiązanie dla ludzi o ustabilizowanej sytuacji finansowej, ale przecież ja (i zapewne większość moich czytelników) dopiero rozkręca się na rynku pracy, więc odkładanie jest trudne. Świetną analogię do przedstawionej sytuacji przytoczył mi Bartłomiej Zieliński - autor bloga "Akcje przy Kawie". Porównał on wiedzę do innych walut. To właśnie wiedza na obecnym etapie mojego życia jest najlepsza inwestycją. Może i czasy są ciężkie, ale wiedza ma dziś ogromną wartość w porównaniu z tym, co widzieli nasi rodzice "za komuny", albo dziadkowie "za Hitlera". Obecny trend gospodarczy jeśli nie zostanie powstrzymany, zapewne skończy się faszyzmem, albo komuną. Co wtedy? Wykształcony człowiek (nie mam tutaj na myśli mgr, czy inż.) zapewne będzie się łapał za głowę, dlaczego nie wybrał innej drogi. Pytanie tylko, czy gdyby miał pieniądze, potencjalni "faszyści XXI wieku" zostawili by te pieniądze w spokoju. Tak więc jeśli będzie źle, to obojętnie co zrobimy - umrzemy w nędzy, albo pod ziemią, na której powierzchni woda będzie się gotować od promieniowania. Jeśli jednak nie będzie wojny nuklearnej, faszyzmy, komunizmu, a doczekamy się prawdziwego wolnego rynku, o jakim marzą liberałowie, wiedza będzie naszym największym atutem - i determinantem naszych zarobków, które będziemy mogli zarówno oddać dzieciom, by one opiekowały się nami na starość, jak i zatrzymać dla siebie i żyć na własną rękę.

Wiedza to waluta naszych czasów. Jeśli więc mamy trochę wolnych synaps i godzin - poświęćmy ten czas na edukację - prawdziwą. Odróżniajmy edukację od czytania tabloidów. Może i żyjemy w ciężkich czasach, ale nasi rodzice nie mieli możliwości sprawdzenia, jaka jest ich dominująca półkula mózgowa. My takie możliwości mamy, więc wykorzystajmy je! Będzie dobrze, bo...inaczej nie może być:-)

czwartek, 27 czerwca 2013

Powiedz, czy obliczasz wartość wewnętrzną, a powiem Ci, kim jesteś. Część trzecia

Przybliżyłem Wam ostatnio kilka postaci blogerów i udowodniłem, że Ci z dominującą lewą półkulą świetnie wyciągają szczegółowe wnioski na temat spółek, a reszta dobrze wyciąga całościowe wnioski i dobrze ocenia firmy jako całość. Dzisiaj zastanówmy się, co może zrobić inwestor, by zdobyta wiedza została lepiej wykorzystana.

Napisałem niżej, że z punktu widzenia inwestora najbardziej pożądana jest zmienna dominacja półkul mózgowych. Kiedy to do mnie dotarło, od razu pomyślałem, że są jakieś sposoby, dzięki którym mógłbym taką zmienną dominację osiągnąć - z materiałów, które czytałem wynikało, że jest to możliwe. Pewnie wiecie, że równocześnie ćwiczę szybkie czytanie - ta właśnie pasjonująca przygoda udowodniła mi, że tak naprawdę szkoda czasu na "kształtowanie" naszego umysłu. Mam świadomość, że większość czytelników mojego bloga ma więcej "wiosen" niż ja, więc ćwiczenia takie mogą trwać latami ze względu na mniejszą zdolność mózgu do kreowania nowych zachowań. Oczywiście mitem jest, że starsze osoby myślą "gorzej", ale przecież 30-latkowie raczej pracują, niż chodzą do szkoły, a tam liczy się efekt, a nie słuchanie i nauka do egzaminów. Inwestor taki musiałby podporządkować niemal całe swoje życie rozwijaniu półkuli. Jeśli ktoś tak jak ja, uczy się jednocześnie programować (do czego wspaniale nadaje się lewa półkula), zrobiłby sobie tylko krzywdę.

Po tygodniu nauki szybkiego czytania udało mi się osiągnąć 150% tego, co czytałem wcześniej. Byłem zaprawiony w bojach i zyskałem mega motywację do nauki, jednak szybko został wylany na mnie kubeł zimnej wody. Mianowicie blokadą przed superszybkim czytaniem jest moje pole widzenia - musimy nauczyć mózg "strzelania fotek" czytanemu tekstowi, by podczas jednego spojrzenia przyswajać nie jedno, ale trzy, czy więcej słów. To ćwiczenie okazało się PRAWDZIWĄ katorgą. Przez ostatnie 5 dni robię ćwiczenie polegające na patrzeniu w kropkę i wyłapywaniu cyfr które są od niej odpowiednio oddalone. Przez 5 dni poprawiłem pole widzenia o...2 piksele! Wniosek jest więc jasny - skoro tak trudno przychodzi nam poszerzenie pola widzenia, to zmiana całej filozofii naszego rozumowania zajęłaby lata.

Jak więc walczyć z ułomnościami naszego mózgu, by stać się superinwestorem wyciągającym dobre globalne wnioski na podstawie szczegółowej analizy? Ciekawym pomysłem jest mapa myśli, o której przeczytałem ciekawy wpis na blogu...analityka technicznego. Radek Chodkowski w jednym ze swoich wpisów załączył ciekawy przykład tejże mapy. Ogólna zasada tworzenia mapy polega na zapisaniu hasła centralnego na środku kartki i dopisywanie pojęć wokół niego. Wszystkie pojęcia łączymy odpowiednimi liniami tak, by wiedzieć jaki czynnik ma wpływ na konkretne wydarzenia w spółkach. Osoby, które myślą lewą półkulą na pewno będą mieć setki takich połączeń na swojej mapie myśli, zaś osoby takie, jak Albert Rokicki będą musiały poszukać w internecie jakie wskaźniki, czy cyfry mają wpływ na globalne wnioski. Gdy nasza mapa będzie mieć już setki "synaps" możemy zacząć łączenie poszczególnych szczegółów w grupy tak, by dojść do globalnych wniosków. Pokręcone? Sam miałem takie wrażenie, gdy na to wpadłem:-)

Właśnie analizuję bardzo ciekawą spółkę o złożonej działalności - jej analiza zajmie mi sporo więcej czasu, niż analiza CD PROJEKTU, więc mapa myśli okaże się bardzo przydatna. Kiedy skończę tę analizę, postaram się przedstawić mój sposób analizy, bo przyznam, że mapa myśli bardzo usprawniła ten proces.

Jeśli macie pomysły co do wpisów, badań, albo chcecie mi coś zarzucić - piszcie śmiało w komentarzach. Mam świadomość, że wpisy związane z mózgiem, a nie raportem rocznym są miejscami nudne, ale uważam, że inwestor, który pomija te kwestie, traci bardzo dużo pieniędzy.

piątek, 14 czerwca 2013

Powiedz, czy obliczasz wartość wewnętrzną, a powiem Ci, kim jesteś. Część druga

W poprzednim poście przedstawiłem podstawy filozofii wykorzystywania poszczególnych półkul mózgowych i pokazałem na przykładzie swoim i Adama, jakie problemy może napotkać inwestor z dominującą lewą półkulą. Dzisiaj na celownik weźmy wyniki dwóch kolejnych blogerów, których bardzo cenię: Alberta Rokickiego i Tobiasza Malińskiego.

Trochę bardziej skomplikowanym przykładem jest umysł Alberta. Przygotowując pierwszego posta byłem przekonany, że Albert jest typowym inwestorem z dominującą prawą półkulą. Dlaczego? Wystarczy spojrzeć na jego analizy spółek - Albert chwali w nich produkty, zarząd, pomysły, determinację. Wydawać by się mogło, że nie używa on wskaźników, by opisać nawet abstrakcyjne zjawiska. Okazuje się jednak, że u Alberta dominuje lewa półkula mózgowa w 67 procentach! Jest to dla mnie kompletnie niewytłumaczalne a jedynymi hipotezami są: niewystarczające informacje wynikające z testu, albo silny wpływ edukacji Alberta, który poniekąd "zniszczył" lewostronne podejście do inwestycji. Może Albert miał mentora, któremu wierzył bezgranicznie i w pełni naśladuje go do dzisiaj mimo predyspozycji do analizy wskaźnikowej? W każdym razie osoby z dominującą prawą półkulą mózgową, mogą mieć problem przede wszystkim z:
- pochopnym wyciąganiem wniosków przed zakończeniem analizy,
- wychwyceniem niepożądanych zmian w raportach rocznych,
- pomijaniem istotnych szczegółów analizy mimo dogłębnej wiedzy na ich temat,
- obliczaniem marginesu bezpieczeństwa i błędnymi założeniami przy wycenie,
- podejrzewam też, że osoby takie mogą mieć problem z utrzymaniem pozycji podczas bessy - brak im bowiem twardych matematycznych danych, które udowadniałyby, że podjęcie decyzji o sprzedaży jest nieracjonalne.

Tobiasz Maliński jest według mnie człowiekiem o zmiennej dominacji półkul mózgowych. Wynik jego testu potwierdza zarówno moje przypuszczenia, jak i uważną obserwację decyzji przez samego Tobiasza. Wynik 42/58 na korzyść prawej półkuli sugeruje, że tylko w niewielkim stopniu Tobiasz częściej używa do analizy prawej półkuli. Dowodem na to jest krótka wymiana maili, z której wynika, że Tobiasz często używa intuicji przy podejmowaniu życiowych decyzji. Co więcej, twierdzi on, że rzadko podejmuje w ten sposób błędy. Dowodem na wysoką użyteczność lewej półkuli jest natomiast post przedstawiający tabelę punktów Fishera, na której podstawie można jasno i konkretnie ocenić spółkę. Opróćz tego Tobiasz bardzo dobrze radzi sobie z analizą finansową - gdyby silnie dominowała u mnie niego prawa półkula, mógłby on mieć większy problem z poznawaniem poszczególnych wskaźników. Przykład Tobiasza jest (według mnie) dobrym przykładem na to, że w przypadku inwestora pożądana jest zmienna dominacja półkul mózgowych. Jednego dnia sucha kalkulacja tłumaczy, że spółka jest w dobrej kondycji, a "Dobre Duszki" podpowiadają mu, czy spółka ma uczciwy zarząd, który tę kondycję utrzyma.

Z powyższych rozważań wynika jasny wniosek - zmienna dominacja półkul może okazać się przydatna. Pytanie brzmi: jak osiągnąć zmienną dominację i czy warto przeznaczać na to cenny czas? O tym w następnym poście, który pojawi się za dwa tygodnie.

piątek, 7 czerwca 2013

Powiedz, czy obliczasz wartość wewnętrzną, a powiem Ci, kim jesteś. Część pierwsza

Korzystam garściami z wolnego od szkolnej nauki czasu, by poznać i przeczytać to, co naprawdę mi się przyda. Jestem w trakcie czytania książki W jaki sposób szybko się uczyć. Robię to w ramach wykorzystania potencjału mojego umysłu, jednak w moim umyśle wciąż rodzą się nowe pomysły związane z inwestowaniem. Książka kosztuje "dyszkę" na allegro, więc mam nadzieję, że tym razem nie będę już świadkiem dyskusji na temat etycznego podejścia do kupowania, bądź piracenia książek. Wracamy jednak do tematu. Co takiego odkryłem tym razem?

Aby przyspieszyć naukę najpierw musimy określić nasze tzw. superłącze edukacyjne - sposoby przyswajania wiedzy, które pozwalają podnieść jej wydajność. Co ciekawe, nasze problemy w szkole w dużej mierze zależą od tego, czy wiedza podawana jest w odpowiedniej dla nas formie. Słuchowcy i wzrokowcy są więc szczęściarzami, zaś kinestetycy i dotykowcy często są uważani za "mniej zdolnych", bo współczesna szkoła (z wyjątkiem szkół zawodowych) opiera się na słuchaniu nauczyciela na lekcjach, oraz czytaniu w domu. Obraz naszego mózgu uzupełnia analiza dominującej półkuli mózgowej. Ważne jest to, że półkule te patrzą zupełnie inaczej na świat, a to, która półkula dominuje, ma decydujący wpływ na nasze postrzeganie rzeczywistości. Nietrudno więc zauważyć, że może to mieć wpływ na również... na naszą strategię.

W jaki sposób działają poszczególne półkule? Po bardziej szczegółowy opis odsyłam do książki - sam opiszę tylko ich ogólną filozofię:
- lewa półkula "myśli" w kategorii liczb, znaków, stawia raczej na chłodną kalkulację, rozbija problem na drobne części, nie potrafi wyciągać wniosków. Działa trochę jak komputer,
- prawa półkula opiera się na wyobraźni, intuicji, jej specjalnością jest globalne patrzenie na świat, oraz sprawne wyciąganie wniosków. Osoba z dominującą prawą półkulą ma wrażenie, że nad jej decyzjami czuwa coś w rodzaju "anioła stróża".

W tym wpisie przyjrzymy się strategii dwóch osób, u których dominuje lewa półkula: pierwszą osobą jestem ja, drugą zaś jest Adam - autor wspaniałego bloga Inwestycje i Ekonomia. Co ważne, Adam jest z zawodu programistą PHP, a obecnie opanowuje Javę. Dobrym przykładem mojej strategii jest analiza spółki Cormay. Pomińmy tutaj jej słuszność i profesjonalizm, bo to już dawne dzieje, kiedy wiedziałem zdecydowanie mniej, niż teraz. W każdym razie analiza ta zawiera dużo danych liczbowych, wykresów, dywagacji nad wskaźnikami - mało jest natomiast "zespojeń" tych wskaźników, które pozwoliłyby mi spojrzeć na spółkę globalnie. Obecnie jako świętość traktuje wartość wewnętrzną, a jeśli miałbym polecić komuś spółkę w dwóch zdaniach, zapewne podałbym zyski i ROE, zamiast wychwalać uczciwość i prawdomówność szefów. Roe jest dla podobnych mi osób bardziej jasne - stanowi część chłodnej kalkulacji. Również pytania Fishera są swego rodzaju skryptem. Mając uporządkowane odpowiedzi na pytania łatwiej jest mi ocenić spółkę, bo punkty te pozwalają rozbić analizę na najdrobniejsze szczegóły.

Adam zaś preferuje czysto statystyczne podejście. Jego analizy opierają się na wskaźnikach - można odnieść wrażenie, że Adam przykłada mniejszą wagę do uczciwości zarządu, abstrakcyjnych miar doskonałości spółek. Nie bez znaczenia jest też to, że Adam w superlatywach odnosi się do zasad Grahama, które w dużym stopniu da się zapisać algorytmem. Nie bez znaczenia jest też fakt, że niemal każdy wpis Adama zawiera wykres - obaj nie liczymy więc na coś w rodzaju intuicji i jesteśmy zwykłymi deterministami. Każde zjawisko ma dla nas jasną przyczynę i skutek. Adamie - mam nadzieję, że nie obrazisz się, że krytycznie opisałem Twoją strategię.

Jakie problemy napotka inwestor, który polega w głównej mierze na lewej półkuli?
- zawsze w spółce znajdzie jakiś szczegół, który będzie mu przeszkadzać, a który w rzeczywistości nie będzie mieć istotnego wpływu na ostateczny jej obraz,
- problemem może się okazać wyciąganie ostatecznych wniosków,
- prawdziwym horrorem może okazać się analiza niewerbalnych sygnałów podczas rozmowy, czyli słaba wykrywalność kłamstewek,
- inwestor może źle interpretować koncepcje strategów firmy - nie bardzo jestem w stanie zrozumieć filozofie głównego projektanta gry,
- analiza poszczególnych punktów Fishera może się przeciągać przez ciągłe wrażenie niedoinformowania,
- z wizyty w firmie nie wyniesiemy wiele informacji na temat ogólnej atmosfery pracy.

To tylko niektóre punkty, które przyszły mi do głowy. Jeśli macie jeszcze jakieś pomysły, proszę o podanie ich w komentarzu. W następnym poście zajmiemy się innym typem inwestorów. Na celownik weźmiemy między innymi Tobiasza Malińskiego, który jest bardzo ciekawym przykładem osoby, która w zintegrowany sposób używa obu półkul mózgowych.
Jeśli nie wiecie, jakie macie predyspozycje, zastanówcie się nad swoją strategią, a następnie rozwiążcie test na dominację półkul mózgowych i zostawcie komentarz. Po analizie wszystkich typów inwestorów spróbujemy znaleźć metody walki z trudnościami, jakie spotykają różnych inwestorów

piątek, 31 maja 2013

Wróżka bessa - część trzecia

Jeszcze przed rozpoczęciem na poważnie edukacji z zakresu rachunkowości przeczytałem bardzo ciekawą pozycję Cykle giełdowe (klikając w ten link i kupując książkę wspomożecie mnie finansowo). Nie umieszczam jej w "Literaturze dobrego inwestora", gdyż znaczna część tej książki traktuje o analizie technicznej, a więc oddanym fanom mojego bloga tylko niektóre rozdziały mogą okazać się pomocne.

Ciekawy jest w tej książce fakt, że cykle giełdowe zostały od czasów Fishera nieco okiełznane, przez co możemy "z grubsza" (przy wycenie często używam również tego kolokwializmu) ocenić, kiedy przyjdzie bessa, a kiedy możemy spodziewać się nieracjonalnych wzrostów. Zanim jednak spróbujemy przewidzieć kiedy będzie lać się krew, nakreślmy podstawowe cechy cyklu:
- powtarzalność - jeśli mamy solidne podstawy świadczące o istnieniu danego cyklu, to możemy założyć, że cykl ten nie zniknie i będziemy mogli na nim polegać,
- regularność - cykl trwa w danym przedziale czasowym i odchyla się od tychże ram czasowych w stopniu pozwalającym zastosować dobry margines bezpieczeństwa,
- względna przewidywalność - możemy z pewną dozą pewności określić w jakiej fazie cyklu się znajdujemy,
- harmonia - na większe cykle składa się kilka mniejszych,
- niezależność od sytuacji fundamentalnej - dobrym dowodem są kursy spółek KGHM i Wawel podczas bessy w 2008 roku,

Powyższe cechy cyklu pozwalają nam utrzymać strategię w ryzach. Jednak musimy poznać najważniejsze cykle, które rządzą giełdą. Według mnie najciekawszymi są:
- cykl giełdowy trwający 8,5-9 lat,
- cykl 3,5-letni.

Wykres WIG-u 20 od początku jego istnienia daje już pewne wskazówki dla pierwszego cyklu, który chciałem omówić - cyklu dziewięcioletniego. Jako że jestem fundamentalistą (podobnie jak zapewne większość moich czytelników) nie jestem specjalistą od wykresów, dlatego analiza obejmie najprostsze "formacje" na wykresach, czyli szczyty i dołki. Szczyt hossy 2007 przypada na listopad. Zgodnie z cyklem dziewięcioletnim, poprzedniego szczytu powinniśmy szukać od 102 do 108 miesięcy wcześniej. Ja poprzedni szczyt znalazłem w lutym 2000 roku. Jaka jest różnica? 93 miesiące. i tutaj mamy już problem, bo pomyliliśmy się o 8-13%. Należy się jednak zastanowić, czy jest to błąd niewybaczalny. Mamy różnicę zaledwie jednego roku, więc inwestor, który czeka na bessę, poczekałby nieco krócej - pozwala to (w mojej ocenie) w dość dużym stopniu zaplanować inwestycje. Inwestor mający świadomość istnienia cyklu 9-letniego nie wypatrywał większego szczytu w roku 2005, więc mógł spokojnie gromadzić kapitał w oczekiwaniu na bessę. Sprawdźmy jednak jeszcze wcześniejszy dołek. Okazuje się... że go nie ma! Indeks Wig20 nie działał od 1991 roku, a to w tym roku należałoby szukać istotnego szczytu.

Musimy więc szukać szczytu za oceanem. Spójrzmy na S&P 500. Szczyt 2007 roku pokrywa się z tym, który obserwowaliśmy na polskiej giełdzie. Cofamy się więc do roku 2000. Okazuje się, że szczyt ten przypada nie na luty, ale na sierpień. Jaki jest margines bezpieczeństwa? 14-19%. Nadal jest to akceptowalna wartość. Szukamy więc istotnego szczytu wcześniej. Hossa lat 90-tych bardzo utrudnia nam zadanie. Ja dostrzegam szczyt w maju 1990 roku. Czy to się zgadza? Do sierpnia 2000 roku minęło więc 117 miesięcy. Jaki jest margines? 8-14% jest akceptowalną wartością. Poprzedni szczyt przypada na grudzień 1980 roku, czyli różnica wynosi 113 miesięcy. Przyzwoicie. Dalej już nie sprawdzam, ponieważ chyba udowodniłem istnienie tego cyklu. Chciałem jednak zwrócić uwagę na pewną anomalię, którą postaram się wyjaśnić. Istotny szczyt dostrzegam też we wrześniu 1987 roku, co w ogóle nie ma związku z cyklem 9-letnim.

Tutaj jesteśmy zmuszeni przejść do drugiego cyklu, który działa w ramach cyklu 9-letniego, czyli cykl 3,5-letni. Bernstein twierdzi, że na cykl 9-letni składają się dwa-trzy cykle 3,5-letnie. Oznacza to, że cykl dziewięcioletni może składać się z dwóch cykli trwających na przykład 48 miesięcy (założyłem, że cykle te mogą być dłuższe o 14%, czyli mogą trwać w istocie 48 miesięcy), albo z trzech krótszych cykli o różnych długościach mieszczących się w przedziale od 37 do 48 miesięcy. Zacznijmy więc naszą podróż od września 1987 roku, jednak tym razem idźmy w przyszłość. Szukamy szczytu w ramach cyklu 3,5-letniego. Znajdujemy go... w maju 1990 roku. Szczyt ten pokrywa się z wytycznymi cyklu trwającego 9 lat i margines od średniej mniejszego cyklu wynosi niestety 30% - to już zbyt dużo, by ufać cyklowi. Szukamy dalej.

Kolejny szczyt znajdujemy w kwietniu 1994 roku, czyli 47 miesięcy później, co jest książkowym przykładem cyklu 3,5-letniego, bo margines wynosi ledwie 11%. Następny szczyt? Czerwiec 1998, czyli 50 miesięcy później. Margines wynosi znowu 20%, co jest raczej średnim wynikiem. Kolejny szczyt to sierpień 2000, czyli ledwie 26 miesięcy później. 40% to już stanowczo za dużo. Co gorsza potem już ciężko szukać istotnego szczytu, więc 3,5-letni cykl można wsadzić... między bajki.

Czy na pewno? Od szczytu w 2007 roku do czerwca 2011 mija 45 miesięcy. Ciekawym faktem jest, że szczyt z roku 2011 jest trudno dostrzegalny na wykresie! O kryzysie strefy Euro i związanej z nią bessie pamiętamy jeszcze dobrze. Do czego zmierzam? Cykl 3,5 letni nie jest tak bardzo widoczny na wykresie, bo w ramach niego nie mamy do czynienia zawsze z ostrą bessą, dlatego może on zostać niezauważony. Cykl 9-letni jest bardziej widoczny i po szczycie należy oczekiwać ostrego zjazdu w dół.

Kiedy więc spodziewać się górki? Od szczytu w listopadzie do kryzysu strefy Euro mija (jak już wspomniałem) 45 miesięcy. Cykl ten jest książkowy, więc wydaje mi się trudnym zadaniem określenie, czy czeka nas jeszcze jeden "mniejszy szczyt", czy po upływie około 57 miesięcy będziemy mieć szczyt wynikający z obu cykli. A może czekają nas dwa małe cykle po 31 miesięcy? Nie wiem.

Według cyklu 9-letniego (który ja uważam za najbardziej widoczny i mniej więcej wiarygodny) należy szukać szczytu w okolicach stycznia 2015 - marca 2016. Czy taka "informacja" jest użyteczna? Z pewnością mogła być użyteczna dla osób, które w 2011 roku nasłuchały się, że katastrofalne spadki na giełdzie czekają nas w najbliższej przyszłości. Również dzisiaj możemy dość precyzyjnie założyć, że w tym, ani w następnym roku nie należy wypatrywać istotnego szczytu.

Ta w miarę precyzyjna informacja pozwala inwestorowi lepiej rozważyć zakup konkretnych walorów - jak połączyć te informacje z analizą konkretnej spółki? O tym już w następnym wpisie.

Przyszłość zaskakuje. ZAWSZE. Choćbyśmy zdobyli całą wiedzę świata, nigdy nie będziemy w stanie całkowicie przewidzieć przyszłości. Zawsze jest czynnik, który zmienia zasady. To motto będę umieszczał pod każdym wpisem z cyklu "Wróżka bessa", żebyśmy nie zapomnieli, że jesteśmy tylko ludźmi, a nie prorokami.

sobota, 25 maja 2013

Długoterminowe cele i krótkoterminowe działania - co na to Brian Tracy?

Dzięki książce Briana Tracy Zjedz tę żabę nauczyłem się planować swoje życie i od kilku miesięcy przynosi mi to znakomite rezultaty. Przez ostatnie kilka tygodni spędziłem też sporo czasu na opracowaniu szczegółowego planu na najbliższe 5 lat. Dzięki tak jasnej wizji jestem w stanie szybciej i pewniej zmierzać do celu, który teraz wisi na drzwiach i przypomina o sobie za każdym wejściem do pokoju. Długoterminowy cel pozwolił mi nie zajmować się rzeczami, których ukończenie nie zmieni wiele w moim życiu. Fajnie byłoby opanować grę na FOREX-ie, tylko po co to robić, skoro to właśnie akcje dają zarobić od dziesięcioleci...

Książka Tracy'ego nie jest jednak wielką rewolucją - jest zbiorem usystematyzowanych rzeczy, o których wie zapewne większość członków zarządów polskich firm. Każdy przecież wie, że trzeba zajmować się rzeczami istotnymi, ale nie każdy potrafi się nimi właśnie zajmować. Okazuje się, że brak wiedzy prezesów rzutuje na obecne poczynania ich firm.

Wspaniałe firmy mają jednak długoterminowe plany działania, a wiedział o tym... Philip Fisher! Ten najlepszy inwestor w historii (w mojej skromnej opinii) miał świadomość wagi długoterminowych planów wtedy, gdy Brian Tracy jeszcze nie wiedział, jak osiągnąć w życiu sukces. Krótki rzut okiem na strategie firm daje nie tylko dane do wyceny, ale również pozwala stwierdzić, czy firma zmierza do jasno określonego celu, czy błądzi po omacku, aż dobry los ześle niepowtarzalną okazję.

Nie jestem specjalistą od spółek wydobywczych (chociaż kiedyś miałem takie wrażenie), ale rzut okiem na strategię spółki KGHM pozwala wysunąć wniosek, że spółka ta ma jasno wyznaczony, ambitny cel. Jeśli strategię można streścić w myślnikach z użyciem liczb, to znaczy że strategia jest szczegółowa i przemyślana. Napisany grubym fontem cel - "Efektywne przetwarzanie zasobów naturalnych
drogą do wzrostu wartości firmy" - wydaje się mało precyzyjny, jednak to, co możemy przeczytać niżej, jest już strategią najwyższych lotów:
- cięcie kosztów (które w momencie tworzenie strategii rosły),
- zwiększenie produkcji do konkretnego poziomu 700 tys. ton rocznie,
- dywersyfikacja działalności polegająca na uzyskiwaniu 30% przychodów poza działalnością podstawową,
- 750 nowych miejsc pracy.
A jak wyglądałaby ta strategia, gdyby pisała ją przeciętna firma, która chce wcisnąć akcjonariuszom kit? Zapewne cięcie kosztów oznaczałoby emisję akcji, bo przecież emisja obligacji, czy kredyt, albo wymiana maszyn generują koszty. Zwiększona w 10 lat o 5% produkcja zapewne zostałaby przedstawiona jako "sukces, który spółka zaplanowała lata temu". Dywersyfikacja przychodów polegałaby natomiast na kupnie udziałów w słabej spółce, niezwiązanej z działalnością podstawowego biznesu. Pracownicy zaś na pewno dostaliby obietnicę poprawy warunków pracy i wzrostu wynagrodzeń.

Drugą spółką, która przykuła moją uwagę swoją strategię jest Integer. Strategia ta obejmuje tylko lata 2013-2016, ale plan ten jest dużo bardziej szczegółowy, niż w przypadku KGHM. Wynika to zapewne ze specyfiki branży i ogromnych ambicji zarządu. Mamy jednak jasne, konkretne cele:
- 1700 nowych placówek w roku 2013,
- zwiększenie zasięgu usług do konkretnej liczby klientów,
- koncentracja na wysokomarżowych produktach,
- start terminali pocztowych jeszcze w tym roku,
- tysiąc nowych paczkomatów w Polsce,
- uruchomienie 16 tysięcy paczkomatów do końca 2016 roku (są też podane dokładne liczby na konkretne lata, co pozwoli kontrolować strategię),
- rozwój spółki Inpost finanse polegający na wzroście sprzedaży.
Z wyjątkiem ostatniego punktu mamy więc do czynienia z doskonałą strategią - mgliste cele związane z usługami ubezpieczeniowymi są zapewne związane z raczkowaniem tego biznesu w porównaniu z resztą grupy. Rdzeniem biznesu jest poczta i tutaj cele są jasne i konkretne. Rafał Brzoska nie bez powodu dostał nagrodę im. Jana Wejcherta w kategorii "Wizja i Innowacje".
Jak wyglądałaby strategia marnej podróby Integera? 50 nowych placówek okazałoby się światowym sukcesem, a wzrost marży związany ze sprzedażą części segmentów byłby dowodem ciągłej analizy kosztów. Rozlokowanie stu paczkomatów w Europie na pewno oznaczałby niemalże zmonopolizowanie tego rynku. Wymieniony po ataku wandali paczkomat na pewno zostałby umieszczony na liście nowych urządzeń.

Ciągle niemal pisze o spółce CDR, więc teraz tylko wspomnę o jej celach - bardzo konkretnych celach:
- sprzedanie 10 mln gier własnej produkcji do końca 2015 roku,
- 235 milinów złotych zysków netto w latach 2012-2015,
- podwojenie biznesu w gog.com w latach 2013-2014,
- dwie superprodukcje,
- uruchomienie nowego sklepu (co już zostało zrobione),
- koncentracja na wysokomarżowych produktach.
CDR jako jedyny pokusił się o wyliczenie potencjalnych zysków. Nawet, jeśli założenia okażą się konserwatywne, trzeba przyznać, że podanie takiego celu jest wystawieniem się na ostrzał. Przecież byle dzieciak będzie mógł dodać zyski i ocenić, czy Adam Kiciński dołożył wszelkich starań, by osiągnąć sukces. Jak wygląda zła strategia twórców gier? Podstawowym filarem takiego planu jest łapania wszystkich srok za ogon: strzelanka, RPG, gra na komórkę, dystrybucja, sprzęt, ubezpieczenia, hamburgery, cola i skarpetki (oczywiści przesadzam, ale mam nadzieję, że zrozumieliście istotę sytuacji). Znam kilka takich firm - jedna ostatnio zbankrutowała, a silna konkurencja (w tym jedna z moich ulubionych firm w branży - Crytek) wykupiła cenne aktywa po okazyjnych cenach.

Jasny cel, przemyślana droga do niego, oraz umiejętne wykorzystanie zasobów to gwarancja sukcesu. Czy któraś z trzech przedstawionych przeze mnie spółek była zagrożona bankructwem? Nie? Cóż za przypadek - dobry los zadbał o te firmy:-)